Polski tytuł Anne with an „E”, czyli dlaczego ciężko jest być tłumaczem

Powracam po długim okresie nieobecności na własnym blogu… Co prawda regularnie pisuję recenzje dla Nie Tylko Gry, ale jednak dobrze jest wrócić pod swój własny adres. Mój blog to mój dom 🙂

Pomysł na dzisiejszą notkę podsunął mi zwiastun nowej adaptacji Ani z Zielonego Wzgórza. Serial Anne with an „E” ze stajni Netflixa oglądałam na bieżąco, gdy wychodził w Kanadzie i każdy odcinek przezywałam tak mocno, jak pierwszą lekturę książki w wieku pięciu lat. Mam nadzieję, że znajdę parę chwil, by napisać recenzję tej produkcji, tymczasem jednak chciałam się przyjrzeć samej polskiej wersji tytułu.

Bez tytułu

Ania, nie Anna…

…!

I dotarła do mnie smutna rzeczywistość zawodu, który wykonuję. Mam bowiem poczucie, że polski tytuł w tej formie nie spodoba się prawie nikomu. Zresztą zerknięcie w komentarze na Facebooku Netflixa to potwierdza. Wielu widzów się pyta „Jaka Anna? Gdzie jest Andzia z polskiej wersji?”. No i własnie, gdzie jest ta Andzia? Co więcej: czy Andzia w ogóle powinna tam być?

Czytaj dalej

Reklamy

Przez okulary recenzenta

Od jakiegoś czasu nie udzielam się wcale na własnym blogu. Co za wstyd! – powiedziałabym, gdyby nie ilość rozmaitych zadań w marcu, które całkowicie mnie usprawiedliwiają. Jednym z nich jest intensywna publikacja recenzji na blogu Nie Tylko Gry – miejscu, gdzie mowa praktycznie o… wszystkim, co przyjdzie ekipie do głowy. Skusiła mnie wizja komiksów za darmo, a okazało się, że muszę płacić haracz w słowach, a czasem również łzach i frustracji. Życie jest pełne pułapek! 😀

Pisanie recenzji to bardzo fajna sprawa dla kogoś, kto ma problemy z formułowaniem myśli na piśmie. Po pięciu wpisach nagle poczułam, że nie muszę myśleć 15 minut nad każdym zdaniem – napiszę coś trochę bardziej potocznie albo prościej i też będzie dobrze. Muszę jednak pomyśleć nad logiką tekstu. Czy na pewno wymieniłam wszystkie aspekty, które w danym dziele są ważne? (Na przykład w komiksie będzie to strona graficzna,w filmie – zdjęcia i soundtrack, i tak dalej.) Czy pamiętałam o tym drobnym zachwycie, albo nie tak drobnej irytacji, którą odczułam w czasie lektury? Na ile moje zrozumienie tekstu wynika z (nie)znajomości kontekstu? Takie rzeczy zdecydowanie warto uwzględniać, mają bowiem wpływ na to, co w recenzjach jest najważniejsze, czyli na OCENĘ.

A OCENA to nie byle co. Wydawałoby się, że to takie proste, prawda? Jak mi się podobało, to daję osiem gwiazdek na dziesięć, jeśli nie – słynne „2/10” załatwia sprawę.

Ale ja tak nie potrafię.

Albo inaczej: mogę tak robić na swoim prywatnym profilu an Facebooku czy też Filmwebie. Jeśli jednak mam poczucie, że piszę do szerszej publiczności i ktoś to będzie czytać (a niektórzy czytają, czasem nawet – o zgrozo – zdarzają się pod moimi recenzjami komentarze), to swoją opinie wypadałoby uzasadnić. Poza tym automatycznie zaczynam się zastanawiać, czy komuś innemu dana rzecz bardziej lub mniej przypadnie do gustu i dlaczego. Nieraz owocuje to czepianiem się wielu drobiazgów, nawet jeśli ta rzecz tak naprawdę mi się podobała. W recenzjach o komiksach objawia się to narzekaniem na ciemne kolory czy też na wpadki autorów, gdy próbują zamieścić w swoich tworach motywy orientalistyczne i bardzo im to nie wychodzi. Trochę jak w przypadku pisania pracy naukowej… tylko bardziej. A gdy raz się założy okulary recenzenta, to bardzo trudno je zdjąć. Trzeba uważać, bo zanim się obejrzysz, zaczniesz analizować każdy oglądany serial pod każdym możliwym kątem i gdzieś przepadnie efekt „wow”.

Być może dlatego na popularnych blogach popkulturowych (komuś coś mówi słowo „Zwierz”? tak się tylko pytam dla formalności…) czytelnicy nieraz zamieszczają komentarze w stylu „O, teraz nic ci się nie podoba, analizujesz wszystko za bardzo!”. Taka prawda, analizowanie i myślenie w kilku kierunkach na raz bardzo szybko wchodzi w krew. Zwłaszcza, gdy ma się za sobą miliony wyoglądanych i wyczytanych godzin.  Tak więc, gdy czasami recenzenci/blogerzy odpisują: „Ale ja jestem zwykłym człowiekiem, widzem, czytelnikiem, tak jak ty”, to ciśnie mi się na klawiaturę jedno wielkie KŁAMIESZ! Spojrzenie recenzenta zawsze bowiem będzie nieco inne. Obciążone okularami o szkłach w barwie „OCENA”.

Czy to źle? Nie jestem pewna. Z jednej strony już w czasach pisania magisterki odczuwałam pewien rodzaj „syndromu recenzenta”: na wszystko patrzyłam od strony naukowej i ukryte motywy lub możliwe interpretacje dosłownie skakały mi do oczu.Obecnie do tego doszło zauważanie niedoróbek typu błąd w researchu. Odbiór tekstów kultury staje się mniej… naiwny? Ma się wrażenie, że wszystko już było i w ogóle… meh. W takich warunkach ciężko czymś się zachwycić. A z drugiej strony… miło jest się dzielić opiniami ze światem i mieć poczucie, że kogoś być może to interesuje. Nie aspiruję do miana guru popkultury ale fajnie jest czasem takiego poudawać 😀 Poza tym prędzej czy później trafi się na coś, co zmiażdży wszelkie systemy obronne, obróci wniwecz wszelkie próby analizy i po prostu… zachwyci. I własnie dlatego wszyscy czytamy książki i komiksy, oglądamy seriale, filmy, gramy w gry i tak dalej. Dla takich chwil pełnego zachwytu. nawet recenzenci je czasem przeżywają.

Moje recenzje na blogu Nie Tylko Gry można poczytać tutaj: klik klik klik! Obecnie zajmuję się głównie komiksami o superbohaterkach z uniwersum DC, ale nie jest to jedyna rzecz, która mnie interesuje. A w planach mam naprawdę różne tematy 🙂

Zapiski z Porto (29.01-1.02.2017)

Notatki z podróży zawsze zabierają mi sporo czasu. Głównie dlatego, że ostatnio podróżuję z moim chłopakiem, a to automatycznie przesuwa wiele wydarzeń z naszych wycieczek w strefę prywatną. Z drugiej strony miejsca, które odwiedzamy, inspirują do przemyśleń i zdjęć, którymi potem chciałabym się podzielić ze światem… Brr! I tak się właśnie rodzi konflikt interesów, którego skutkiem jest blokada twórcza. Mimo wszystko jednak spróbuję ją przełamać 🙂 Wycieczka do Porto miała być naszą odskocznią od zimowej Warszawy i szczerze mówiąc to był znakomity pomysł, biorąc pod uwagę tegoroczną inwazję smogu. Na Okęciu można się było udusić od oparów benzyny lotniczej, w Portugalii tymczasem – rześko i całkiem ciepło.

Nie byłam pewna, czego mam się po tym mieście spodziewać. Przewodniki internetowe obiecywały piękne kamienice, znakomite jedzenie, no i oczywiście rzeki dobrych win. Nie mogę powiedzieć, by te obietnice były przekłamane, a jednak nie nazwałabym Porto miejscem pocztówkowym – i to nie tylko z powodu zimowej pogody (co w Portugalii oznacza dużo chmur i przelotne opady deszczu).

Porto niewątpliwie odznacza się niesamowitą architekturą. Kamienice z różnych epok, budynki pokryte ozdobnymi kafelkami azulejos (mini-galeria powyżej), wąskie uliczki w najstarszej dzielnicy Ribeira, szerokie place w okolicach Uniwersytetu Porto i Torre dos Clerigos… Zdecydowanie jest na co patrzeć i czemu robić zdjęcia. To, że zaułki nie sprzyjają kadrowaniu, to już inny problem. Osobiście najbardziej podobał mi się dwukondygnacyjny Ponte Dom Luís I (po naszemu most Ludwika Pierwszego), po którego dolnej kondygnacji jeżdżą samochody, po górnej zaś – metro. Górą mogą tez przechodzić piesi, co pozwala im na podziwianie obu brzegów rzeki Douro: brzegu „północnego”, gdzie znajduje się większość zabytków oraz „południowego”, zdominowanego przez winiarnie.

Czytaj dalej

Nośmy maski! Czyli walka ze smogiem i nie tylko.

img_20170126_165903

Jestem jedna z dziwnych osób, które chodzą w maskach po mieście. Oto dowód. 😀

Styczeń w Warszawie upływa pod znakiem smogu. Zanieczyszczone powietrze już od jakiegoś czasu stanowi w moim mieście problem (więcej szczegółów można poznać na stronie Warszawskiego Alarmu Smogowego), ale w tym miesiącu problem stał się wyczuwalny. Dosłownie. Jeśli powietrze śmierdzi starą benzyną a połowa Pałacu Kultury znika we mgle, to wiedz, że coś się dzieje. Szkodliwość smogu nie ogranicza się jednak do przykrych wrażeń sensorycznych: wszystko wskazuje na to, że jest również szkodliwe dla płuc, serca i układu krążeniowego. Oczywiste postulaty: ograniczyć palenie śmieci i ruch samochodowy… Ale to wszystko są plany na ładnych parę lat, a nasze organy mogą tyle nie zaczekać – jak mówiła mi moja internistka, w przychodniach panuje plaga zapalenia płuc. Co zatem można zrobić, by ratować swoje zdrowie? Jak wiele innych osób, pomyślałam: można nosić maskę!

Na początek: jak to wygląda w krajach, gdzie maski nie są niczym niezwykłym

Koncept noszenia maski nie jest dziwny dla kogoś, kto spędził 12 miesięcy swojego życia w Japonii. Tam maseczki od czasu do czasu nosi każdy i nie jest to niczym dziwnym. Najpopularniejsze białe maski papierowe, aczkolwiek natknęłam się też na różowe we wzorki i czarne. Komplet zwyczajnych białych maseczek (od 3 do 12 sztuk) kosztuje 1oo jenów, czyli mniej więcej trzy złote. W Japonii maski są jednym z niezbędnych elementów leczenia wszelkiego rodzaju przeziębień i grypy – nigdy nie zapomnę, jak w czasie wizyty u lekarza pielęgniarka siłą wcisnęła mi jedną na twarz. Nigdy nie udało mi się dowiedzieć, czy te maski mają chronić noszącego przed dodatkowymi zarazkami z zewnątrz, czy też raczej chronić innych przed zarazkami noszącego. Na ten temat każdy Japończyk ma swoją własną opinię. Wszyscy natomiast byli zgodni, że ciepłe powietrze pod maską ułatwia oddychanie i przyspiesza proces leczenia. Co ciekawe, maseczki stosowane są też przez alergików w czasie pylenia drzew oraz… przez dziewczęta, które nie chcą się pokazać bez makijażu a nie miały czasu/siły/ochoty się malować. Nie zmyśliłam tego.

tumblr_nnx3j4blfo1rptmyso1_1280

Znajomy Włoch powiedział mi rok temu, że w masce wyglądam, jak dziecko szatana. Dzięki. Na zdjęciu maska japońska.

Pierwsze wrażenie z noszenia takiej papierowej maski było dla mnie okropne. Gorąco, wilgotno, zaparowane okulary, wrażenie topienia się we własnych bakteriach. Na dodatek jedna maska wytrzymuje maksymalnie 48 godzin od pierwszego nałożenia i potem zaczyna śmierdzieć. (Przynajmniej były tanie… Ale niezbyt to ekologiczne.) Czego się jednak nie robi, by szybciej wyzdrowieć i popatrzeć na przerażone miny znajomych studentów zagranicznych. Reakcje bywały całkiem zabawne.

Co prawda w Polsce nie znajdziemy raczej kompletów maseczek w różnych rozmiarach i kolorach, ale maski chirurgiczne są dostępne w każdej aptece. Pytanie brzmi: czy pomagają w walce ze smogiem? Informacje zgromadzone przez  profesora Thomasa Talhelma  w 2015 roku w Pekinie wskazuje na to, że nawet maska chirurgiczna jest lepsza, niż nic – w trakcie noszenia zatrzymuje ok. 60% cząsteczek smogu, w tym również najmniejszych cząsteczek PM2.5 (najmniejsze cząsteczki = najtrudniejsze do odfiltrowania = najniebezpieczniejsze). Czytaj dalej

Czy Wonder Woman zasługuje na tytuł honorowej ambasadorki ONZ? Czyli różne oblicza kobiecości i feminizmu

wonder_woman_2017_film

Plakat hollywoodzkiej superprodukcji „Wonder Woman”, która ma się ukazać w 2017 roku. Tak według niektórych wygląda ikona seksizmu.

Z góry uprzedzam: w tej notce nie znajdziecie jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Jedynie zbiór słów i odnośników, które pomogą wam w znalezieniu tej odpowiedzi samodzielnie. Mam nadzieje, że będzie to dla was interesujące. Ach, no i Wesołych Świąt 🙂

Kącik analiz popkulturowych #03

Na samym  początku wczorajszej „porannej fejsówki*” trafiłam na wiadomość „Gal Gadot zabiera głos w sprawie odwołania postaci Wonder Woman z posady honorowego ambasadora ONZ.” (Za newsa dziękuję  stronce Uniwesum DC Comics.) Pierwsza moją reakcją było zdziwienie: nawet nie wiedziałam, że ta postać była honorową ambasadorką ONZ. Nie zdawałam sobie nawet sprawy, że postacie fikcyjne mogą zostać honorowymi ambasadorami! Codziennie można się dowiedzieć czegoś nowego (m.in. tego, że podobny zaszczyt przypadł w udziale Kubusiowi Puchatkowi i Czerwonemu  Ptakowi z Angry Birds). Druga myśl, która pojawiła się w mojej głowie, również była zabarwiona zdziwieniem: księżniczka Amazonek to jedna z silniejszych, a zarazem bardziej sympatycznych bohaterek komiksowych. Walczy ze złem, broni słabszych, a raz nawet została panią prezydent Stanów Zjednoczonych! Czym się dziewczyna naraziła ONZ, że została pozbawiona swojego tytułu?

Jak się okazuje, główna winą superbohaterki okazał się jej… wygląd. „Zaniepokojeni członkowie kadry ONZ” stworzyli petycję, w której zwracają się z prośbą o „ponowne rozpatrzenie wyboru Wonder Woman”. Według autorów petycji jej wizerunek jest „zbyt skupiony na seksualności” i „nie obejmuje różnic kulturowych”.** Petycję podpisało prawie 45 tysięcy osób, w związku z czym kampania Wonder Woman w roli ambasadorki zakończyła się po dwóch miesiącach.

Obecne przedstawienie tej postaci to obdarzona wielkimi piersiami, skąpo odziana biała kobieta o nieprawdopodobnych anatomicznie proporcjach ciała; przyodziana w błyszczące, odsłaniające uda body z wzorem amerykańskiej flagi i buty do kolan – typowy przykład dziewczyny z plakatu pin-up.

(źródło: klik!, tłumaczenie własne)

sensationcomics

Pierwsza okładka z Wonder Woman, z 1942 roku. Patrząc na jej buty na szpilkach i drobne usteczka, faktycznie trudno nie mieć skojarzeń z pin-upem…

*Poranna fejsówka – nowoczesny odpowiednik porannej prasówki. Zamiast gazety otwieram Facebooka i sprawdzam, co ciekawego na świecie. Nie polecam osobom z problemami z trawieniem.
**Jeśli ktoś mi podsunie, jak lepiej przetłumaczyć overtly sexualizednot culturally encompassing or sensitive, to będę wdzięczna i wyślę pocztówkę.

Czy faktycznie biała skóra Amazonki i jej braki w odzieniu sprawiają, że jest ona kiepskim przykładem dla dziewczynek i kobiet na całym świecie? Można na to pytanie podpowiedzieć „tak” lub „nie”, a co ważniejsze, obie te odpowiedzi można poprzeć argumentacją teoretyczną. Czytaj dalej

Czerń pełna kolorów. Impresje po #czarnym_poniedziałku (03/10/2016)

W idealnym świecie poglądy polityczno-światopoglądowe powinny zostać sferą prywatną i nie wpływały na nasze życie. Na tym blogu staram się kreować nieco pozytywniejszy świat, niż mnie otacza. Do tej pory oznaczało to miedzy innymi świat bez polityki. Nie wiem, na ile to się zmieniło i czy to na pewno dobry pomysł, ale mam potrzebę napisania o #czarnym_proteście, który miał miejsce dzisiaj w Warszawie i wielu innych miejscach w kraju. Chcę o tym napisać, bo – niespodziewanie dla mnie – było to bardzo pozytywne doświadczenie.

Większość protestu mnie i moich znajomych tak naprawdę ominęła – owszem, staliśmy dzielnie w deszczu na placu Zamkowym, ale tłum był tak wielki, że nie mieliśmy pojęcia, co dokładnie się dzieje. Hasła ze sceny? To była jakaś scena? (Podobno była.) Tak naprawdę słyszeliśmy jedynie bębny i wuwuzele. Co jakiś czas tłum podejmował skandowanie – być może spontanicznie, być może jakiś „wodzirej” protestu to nakręcał. Nie wiem. Chyba będę musiała przeczytać parę relacji w Internecie, by dokładnie znać „przebieg wydarzeń”.

A mimo to dało się tam odczuć niesamowitą atmosferę. Protestujące_y (na oko 70-80% zgromadzonych było kobietami) nie wydali mi się, mówiąc kolokwialnie, wkurwieni, mimo że w teorii w demonstracjach to własnie o wściekłość chodzi. Zamiast tego dawało się wyczuć w powietrzu radość.
Radość z tego, że spontaniczna akcja, której wielu proroków Facebooka skazywało na niepowodzenie, naprawdę się udała.
Z tego, że ludzie potrafili wyjść ze swoimi poglądami na zewnątrz i okazało się, że nie są sami.
Z tego, że tak wiele osób się w coś głęboko zaangażowało.
Z tego, że nauczyciele, studenci i uczniowie reprezentujący różne poglądy w niektórych sprawach są zgodni. Zarówno moje byłe liceum jak i (chwilowo) były kierunek studiów okazały w tym względzie zadziwiającą jednomyślność.
Z tego, że według wszelkich doniesień nie tylko w Warszawie zebrały się tłumy.
Z tego, że nasze zdanie chyba naprawdę coś znaczy. W końcu, do ciężkiej cholery.
Z tego, że to nie koniec. Nie mówię tutaj nawet o kwestiach prawa do aborcji. Jest jeszcze wiele rzeczy, które w tym kraju przydałoby się oprotestować*. Mam wrażenie, że dzisiejszy tłum jest gotów, by się nimi zająć. Jedną sprawą po drugiej.

Niestety, nawet jeśli wiele osób biorących udział w proteście wolałoby zostać w swoim własnym świecie dobra, kwiatków i puchatych swetrów, jak ja… Czasem trzeba z niego wyjść. Bronić granic. Dobrze było się przekonać, że nie jest się w tym osamotnionym.

14516474_1332179190148716_8945675904452981855_n

Bardzo marne selfie bardzo szczęśliwych ludzi, którzy mają poczucie, że robią coś dobrego.

Tymczasem w różnego rodzaju internetach trwają jałowe dyskusje i popisy erudycyjne, mające na celu ośmieszyć wszystkich z  wyjątkiem ich autorów**. Niech trwają. Najważniejsze rzeczy dzieją się na zewnątrz. Tam, gdzie czarny tłum rozkwita kolorowymi parasolami w obronie swoich praw.

*CETA – polecam się zapoznać. Chyba każdy tu znajdzie coś, co go kopnie na demonstrację.
**W wielu przypadkach tyczy się  to obu stron sporu, to trzeba przyznać.

O pisaniu prac magisterskich i innych tego typu

Wpis ten dedykuję moim znajomych, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki na drodze edukacji wyższej, w szczególności Sylwii i Jo (powodzenia na japonistyce, kwiatku!).

Za osiem dni czeka mnie dość szczególne wydarzenie – obrona pracy magisterskiej. Zwieńczenie pięciu lat życia w Polsce i jednego w Japonii. Koniec pewnej epoki w życiu. Tak by się przynajmniej wydawało, prawda?

Szczerze mówiąc, niezbyt. Póki co, nie łapie mnie sentymentalizm, nie oczekuję też jakiejś wielkiej zmiany w moim życiu. Poza tym, że boję się zbłaźnić na obronie, w mojej głowie gości przede wszystkim ulga.

Obrona oznacza bowiem koniec pisania pracy magisterskiej.

Półtora roku. Tyle czasu minęło od wyboru tematu do dnia dzisiejszego, w którym (mam nadzieję) wydrukuję wreszcie te ciężko wypocone 98 stron. Niektóre momenty spędzone z nią były miłe. Inne – niemalże traumatyczne. Ostatnio się zastanawiam – czy mogłam sobie oszczędzić cierpień? Tego nie wiem, ale pisanie zawsze jest trudnym procesem, dlatego zdecydowałam się na przekazanie kilku spostrzeżeń. Może ułatwią one sprawę tym, którzy mają to jeszcze przed sobą. Co do znajomych, którzy szczęśliwie przeszli to wcześniej – ciekawa jestem, czy tylko ja tak chorowałam w trakcie pisania? Czekam na wasze komentarze i wspomnienia. 🙂

To te miłe chwile przy pisaniu 🙂

Czytaj dalej

Budapeszt fotograficznie (sierpień 2016)

W Budapeszcie odkryłam swojego wewnętrznego japońskiego turystę. To miasto jest po prostu śliczne! Zwiedziliśmy naprawdę spory jego fragment i nie zauważyłam ani jednego brzydkiego miejsca, a z wzgórza o wysokości 235 m n.p.m widać całkiem sporo. Czy w Budapeszcie w ogóle istnieją bloki? Nawet szklany Hilton na starówce miał swój urok – odbijała się w nim bowiem Baszta Rybacka…

Bajkowy efekt znikał na ulicy, przy której mieścił się nasz hostel, na której znaleźliśmy chyba z pięć sex shopów i trzy rozbierane kluby w ciągu 5 minut – ale wciąż mieściły się one w bardzo ładnych kamienicach! Sam hostel wspominam bardzo dobrze. Czysto, cicho i w dobrym punkcie – wystarczy mieć bilet okresowy, a trafi się stamtąd wszędzie, czy to metrem, czy też tramwajem. A propos: miasto, w którym tramwaje i autobusy w godzinach szczytu jeżdżą co trzy minuty, a w godzinach wieczornych co dziesięć, zasługuje na uznanie. Korki zaobserwowaliśmy wyłącznie na mostach. W Budapeszcie śmiało można się przemieszczać komunikacją miejską i bardzo do tego zachęcam. Inaczej skończycie tak, jak my – z zakwasami na kolejny tydzień 😀

Więcej zdjęć po kliknięciu: Czytaj dalej. Obiecuję, że warto! 🙂

Czytaj dalej

Impresje z Budapesztu (sierpień 2016)

Budapeszt. Miasto wybrane przypadkowo na dwudniowe oderwanie się od rzeczywistości. Nie wiedziałam o nim za dużo – tyle, że jest to stolica Węgier, połączone z trzech miast (Buda, Óbuda i Peszt) i że podobno jest tam ślicznie. Równie dobry powód do zwiedzania, jak każdy inny, szczególnie gdy uda się kupić tanie bilety lotnicze.

Cóż, gdybym wiedziała o Budapeszcie tyle, co teraz, na pewno zaplanowalibyśmy dłuższą wycieczkę…

To wcale nie znaczy, że wiem teraz o tym mieście dużo. Ale ile muzeów ominęliśmy, do ilu miejsc nie udało nam się trafić? Kąpieliska, jedną z największych atrakcji miasta, pominęliśmy już na etapie planów, ale i bez tego nie udało nam się zobaczyć nawet połowy wszystkich zabytków i ciekawych miejsc. Na szczęście nawet dwa dni w Budapeszcie wystarczą, by nasycić umysł pięknymi wrażeniami.

20160825_170020

Budapeszt jest bowiem pięknym miastem. Buda po lewej stronie Dunaju zachwyca olśniewająco białą starówką (zrekonstruowaną w XIX wieku po zniszczeniach ale ćśśś) oraz Zamkiem Królewskim, w którym znajdują się obecnie dwa muzea. Obok wzgórza starego miasta wznosi się wzgórze Gelletra, które tak naprawdę jest małą górą. Wejście na nią, gdy temperatura wokół sięga 35 stopni, to wcale nie jest łatwe zadanie… Sukces we wspinaczce okupiłam godzinę leżenia na trawie pod austriacką cytadelą, bo nie byłam w stanie utrzymać się na nogach. Wysiłek wynagradza piękna panorama na prawą stronę Dunaju, czyli Peszt.

W Peszcie z kolei króluje duch XIX wieku – piękne kamienice i kościoły, neoklasycyzm połączony z art nouveau oraz nawiązaniami do tradycyjnej węgierskiej architektury. Najbardziej znaną budowlą po prawej stronie Dunaju jest chyba węgierski Parlament z 1904 roku, przypominający bardziej pałac. Mi jednak najbardziej przypadły do serca okolice M1, tzw. „żółtej linii metra”, zbudowanej w 1896 roku. Łączy ona najpiękniejsze miejsca w Peszcie: Operę, plac Oktogon i park Széchenyi, w pobliżu którego znajduje się wyjęty z filmów Disneya zamek Vajdahunyad i plac Bohaterów, przeniesiony chyba żywcem z Paryża.

Zamek Vajdahunyad.

IMAG0223

Plac Bohaterów z pomnikiem Milenium. Peszt.

Budapeszt (zwłaszcza Peszt) można porównywać do Paryża lub Mediolanu, ale i tak czuć, że nie jest to miasto zachodniej Europy. Na pewno duży wpływ na odczucia ma otaczający zewsząd język węgierski. Mój ulubiony człowiek porównywał go do mieszanki francuskiego i niemieckiego, dla mnie jednak węgierski nie przypomina żadnego języka europejskiego, jaki znam. Bardziej krasnoludzki z powieści Tolkiena. Wymawiany z miękkim akcentem. Zapis natomiast wydaje się tak niepowiązany z wymową, że niestety nie byłam w stanie zatrzymać żadnego słówka w pamięci… Dziwne doświadczenie, jechać do kraju, w którym się nie zna języka. Na szczęście angielski gwarantował, że się nie zgubimy, a w jednym sklepiku z pocztówkami usłyszałam nawet „dziękuję” po polsku.

20160826_155938 - Kopia

Most Wolności. W tle piekielne wzgórze Gellerta.

Z Budapesztu na pewno zapamiętam wszechobecną muzykę. Muzeum Historii Muzyki ukryte na Starówce. Skrzypków grających melodię z Titanica wieczorem na starówce. Kieliszki z wodą, na których pewien staruszek w centrum grał Beethovena. Olbrzymią ilość sklepów z instrumentami – żadnych elektryków, wyłącznie klasyczne i akustyczne. Ulicę przy Akademii Muzycznej, na której stoją ręcznie malowane pianina. Wszechobecnego Liszta (nawet lotnisko nosi jego imię).

Zapamiętam gulasz zjedzony w bezglutenowej restauracji za Operą i smak tokaju – wina, które z powodzeniem może zastąpić deser. Zapamiętam spacery pomiędzy pięknymi kamienicami i znaleziony przypadkiem sklep z olbrzymim wyborem komiksów po angielsku – rynek komiksowy na Węgrzech bowiem niemal nie istnieje. Zapamiętam ptaki krążące przez całą noc nad kopułą Parlamentu. Wspinanie się na Most Wolności, na który oczywiście nie wolno się wspinać, ale kto by się tym przejmował.

Mam wiele miłych chwil do zapamiętania. Chętnie wrócę kiedyś do Budapesztu i nazbieram ich więcej. ❤

IMAG0344

Te kropki przypominające świetliki, to w rzeczywistości ptaki… albo nietoperze, chociaż nie wydaje mi się, by węgierski Batman ukrywał się pod Parlamentem 🙂

Jako, że Budapeszt jest bardzo ładnym miastem, niedługo wrzucę większa galerię. Raczej nie odda sprawiedliwości urokowi tego miasta, ale być może chociaż po części pokaże mój zachwyt. Dodatkowo zamieszczę tam więcej informacji typowo turystycznych, może się komuś przydadzą 🙂

I want to remember

Po powrocie z Japonii zwątpiłam w celowość prowadzenia bloga (zresztą w celowość życia też trochę). Bądź co bądź, zwykłe życie w Polsce nie przyciąga czytelników… wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że wszyscy chcieliby od niego uciec jak najdalej. Pisanie jednak ma jedną, niezaprzeczalną zaletę. Utrwala wspomnienia. Podobnie zresztą, jak zdjęcia.

Jestem głęboko przekonana, że współczesna obsesja na punkcie zdjęć wcale nie jest wynikiem próżności, czy też degeneracji kultury. Po prostu żyjemy w świecie danych, w którym nasza pamieć jest tak przeładowana przypadkowymi zdarzeniami, faktami z Internetu i kotami z Facebooka, że coraz trudniej nam uporządkować chaos we własnej głowie. Zdjęcia i blogi pomagają w zachowaniu własnej pamięci.

A ja bardzo chcę zapamiętać widok dzisiejszych róż w Ogrodzie Botanicznym.

To jest jeden z takich dni, które chciałabym „oznaczyć białym kamieniem”. Starożytni Rzymianie określali w ten sposób dni szczęśliwe. Powiedzenia tego używano aż do XIX wieku, m.in. Lewis Carroll posługiwał się nim w swoich dziennikach.

Dużo jest takich dni i takich chwil. Nie zawsze jestem w stanie je zapamiętać tak dobrze, jakbym chciała. Mimo prób utrwalenia umykają gdzieś… Odlatują sobie, kiwając głowami do empirystów i filozofów zen. Wszystko płynie. Wszystko przemija.

Nigdy nie lubiłam filozofów zen.

Łapię chwile w swoje ręce i karmię wspomnieniami. W zamian dają mi chęć do życia i nadzieję na kolejne dobre momenty. Tylko i aż tyle.

Ładne chwile zawsze warto zapamiętywać. Czytaj dalej