Nośmy maski! Czyli walka ze smogiem i nie tylko.

img_20170126_165903

Jestem jedna z dziwnych osób, które chodzą w maskach po mieście. Oto dowód. 😀

Styczeń w Warszawie upływa pod znakiem smogu. Zanieczyszczone powietrze już od jakiegoś czasu stanowi w moim mieście problem (więcej szczegółów można poznać na stronie Warszawskiego Alarmu Smogowego), ale w tym miesiącu problem stał się wyczuwalny. Dosłownie. Jeśli powietrze śmierdzi starą benzyną a połowa Pałacu Kultury znika we mgle, to wiedz, że coś się dzieje. Szkodliwość smogu nie ogranicza się jednak do przykrych wrażeń sensorycznych: wszystko wskazuje na to, że jest również szkodliwe dla płuc, serca i układu krążeniowego. Oczywiste postulaty: ograniczyć palenie śmieci i ruch samochodowy… Ale to wszystko są plany na ładnych parę lat, a nasze organy mogą tyle nie zaczekać – jak mówiła mi moja internistka, w przychodniach panuje plaga zapalenia płuc. Co zatem można zrobić, by ratować swoje zdrowie? Jak wiele innych osób, pomyślałam: można nosić maskę!

Na początek: jak to wygląda w krajach, gdzie maski nie są niczym niezwykłym

Koncept noszenia maski nie jest dziwny dla kogoś, kto spędził 12 miesięcy swojego życia w Japonii. Tam maseczki od czasu do czasu nosi każdy i nie jest to niczym dziwnym. Najpopularniejsze białe maski papierowe, aczkolwiek natknęłam się też na różowe we wzorki i czarne. Komplet zwyczajnych białych maseczek (od 3 do 12 sztuk) kosztuje 1oo jenów, czyli mniej więcej trzy złote. W Japonii maski są jednym z niezbędnych elementów leczenia wszelkiego rodzaju przeziębień i grypy – nigdy nie zapomnę, jak w czasie wizyty u lekarza pielęgniarka siłą wcisnęła mi jedną na twarz. Nigdy nie udało mi się dowiedzieć, czy te maski mają chronić noszącego przed dodatkowymi zarazkami z zewnątrz, czy też raczej chronić innych przed zarazkami noszącego. Na ten temat każdy Japończyk ma swoją własną opinię. Wszyscy natomiast byli zgodni, że ciepłe powietrze pod maską ułatwia oddychanie i przyspiesza proces leczenia. Co ciekawe, maseczki stosowane są też przez alergików w czasie pylenia drzew oraz… przez dziewczęta, które nie chcą się pokazać bez makijażu a nie miały czasu/siły/ochoty się malować. Nie zmyśliłam tego.

tumblr_nnx3j4blfo1rptmyso1_1280

Znajomy Włoch powiedział mi rok temu, że w masce wyglądam, jak dziecko szatana. Dzięki. Na zdjęciu maska japońska.

Pierwsze wrażenie z noszenia takiej papierowej maski było dla mnie okropne. Gorąco, wilgotno, zaparowane okulary, wrażenie topienia się we własnych bakteriach. Na dodatek jedna maska wytrzymuje maksymalnie 48 godzin od pierwszego nałożenia i potem zaczyna śmierdzieć. (Przynajmniej były tanie… Ale niezbyt to ekologiczne.) Czego się jednak nie robi, by szybciej wyzdrowieć i popatrzeć na przerażone miny znajomych studentów zagranicznych. Reakcje bywały całkiem zabawne.

Co prawda w Polsce nie znajdziemy raczej kompletów maseczek w różnych rozmiarach i kolorach, ale maski chirurgiczne są dostępne w każdej aptece. Pytanie brzmi: czy pomagają w walce ze smogiem? Informacje zgromadzone przez  profesora Thomasa Talhelma  w 2015 roku w Pekinie wskazuje na to, że nawet maska chirurgiczna jest lepsza, niż nic – w trakcie noszenia zatrzymuje ok. 60% cząsteczek smogu, w tym również najmniejszych cząsteczek PM2.5 (najmniejsze cząsteczki = najtrudniejsze do odfiltrowania = najniebezpieczniejsze).

Co więcej, wygląda na to, że noszenie maski faktycznie ma dodatni wpływ na zdrowie ludzi mieszkających w zanieczyszczonych miejscach (badania przeprowadzono w Pekinie, królestwie smogu, opublikowane 9 marca 2009 roku) – obniża ciśnienie tętnicze i reguluje pracę serca.

Wniosek jest jeden: Warszawiacy i inni Polacy! W śmierdzące dni noście maski! Nie, ma, że boli i ludzie się gapią na ulicy! (A gapią się, przynajmniej na mnie.)

Maska druga od prawej, to zwyczajna maska chirurgiczna. Źródło grafiki: klik!

No dobrze, to teraz wielki problem pt. „Która maskę wybrać?”.

Owszem, można nosić maseczki chirurgiczne, ale jak już wspomniałam – dosyć szybko się zużywają i wywołują uczucie, które mogę nazwać „ble”. Istnieje również opcja zakupienia przemysłowych masek przeciwpyłowych (na przykład takich: klik!). Certyfikaty wskazują na ich dużą skuteczność, ale trzeba pamiętać o tym, że one również nie są przeznaczone do dłuższego noszenia – chociaż korek odprowadzający powietrze na pewno pomaga w redukowaniu odczucia „ble”. Postanowiłam zatem zacisnąć zęby i wydać większą sumę na maskę wielorazową (a jednorazówki z Japonii oddać lubemu/rodzinie).

Do wyboru w Polsce mamy: międzynarodową markę dla kolarzy Respro, rodzime maski DRAGON z Krakowa, małą firmę EMASKA (również z Krakowa) i wiele innych marek, które na południu Polski działają prężnie już od jakiegoś czasu, a o których pierwszy raz w życiu usłyszałam dwa tygodnie temu. Przykładowe porównanie różnych masek można znaleźć tutaj: klik! Oczywiście można też kupić jednorazówki, zwłaszcza jeśli jest się przed wypłatą – wielorazowe maski troszkę kosztują.

Przyznam szczerze, że zdecydowałam się na EMASKĘ ze względów estetycznych. Jeśli mam się bowiem męczyć w czymś, co mi zasłania pół twarzy i wywołuje odczucia „ble”, to niech chociaż będzie ładne. A EMASKA ma naprawdę cudowny wybór kolorów i wzorów, każdy znajdzie coś dla siebie. Dodatkowo do zestawu dołączone są również dwa filtry PM2.5, a zatem istnieje szansa, że będzie skuteczniejsza, niż maska chirurgiczna. No i będzie można ją wyprać.

(EDIT Z 10 LUTEGO: po około siedmiu dniach noszenia wyraźnie widać lekkie zszarzenie filtra po stronie „nie od twarzy”: traktuję to jako dowód na realność problemu smogu a także skuteczność działania maski. Na szczęście przez ostatnie 3 dni poziom zanieczyszczeń spadł, wiec mogę chodzić z odsłoniętą twarzą, ale… jestem przygotowana na powrót smogu.)

Paczuszka przyjechała po dwóch tygodniach długiego oczekiwania.Zaskoczenie numer jeden: nie zaparowały mi okulary. Jest to chyba zasługa aluminiowego noskowi, dzięki któremu udało mi się idealnie dopasować maskę do twarzy. Zresztą trzeba to powiedzieć wprost: statystyczny Japończyk ma mniejszy nos, niż statystyczny Europejczyk (w tym ja) i regulowanie kształtu japońskich masek zawsze było dla mnie wyzwaniem. Może właśnie tutaj leży przyczyna zaparowanych okularów? Zaskoczenie numer dwa: w ogóle nie spociła mi się twarz! Bawełna jest zdecydowanie lepszym surowcem do noszenia przy twarzy, niż papier. Całkiem miła w dotyku, nie ogranicza oddechu, no i nie wywołuje uczucia „ble”. Poza tym nie odnotowałam żadnych zaskoczeń: maska jest tak urocza, jak wygląda na zdjęciach. Przypuszczam, ze dla sportowców czy ludzi pracujących w zanieczyszczonych miejscach raczej by się nie sprawdziła, ale na moje potrzeby przemieszczania się po mieście jest w sam raz. Warto się tylko przygotować na ciekawskie spojrzenia, bo dla osób o zwiększonej niepewności społecznej może być to dotkliwe. Ale chyba zdrowie jest ważniejsze, prawda?

Muszę zaznaczyć, że nie jestem żadnym ekspertem od masek: nie wiem, które są lepsze a które gorsze. Nie mam pewności, czy dokonałam najlepszego możliwego wyboru, czy też – jak to niektórzy stwierdzili – dałam się uwieść modzie i naciągnąć. Wiem jednak, że warto się zainteresować tematem smogu i ochrony przed nim, zanim trafimy do przychodni z zapaleniem płuc. Mam nadzieję, że podane przeze mnie informacje i linki pomogą wam w samodzielnym wyborze najlepszej dla was opcji. Jeśli chcecie się podzielić opinią na temat walki ze smogiem, albo sami używacie masek i chcecie się podzielić odczuciami, to serdecznie zapraszam!

Uwagi końcowe:

  • Wpis nie jest sponsorowany przez firmę EMASKA.
  • Tu możesz sprawdzić obecny stan powietrza w Warszawie: klik!
Reklamy

7 thoughts on “Nośmy maski! Czyli walka ze smogiem i nie tylko.

  1. Hannibal Lecter na rowerze ;) pisze:

    Witaj!
    Cieszę się, że trafiłam na Twoją stronę – dobrze by było, gdyby ten wpis wypłynął na szersze wody i żeby ludzie, szczególnie ci nie z Krakowa, gdzie widok osoby w masce na ulicy nie jest już niczym niezwykłym, mogli się zainteresować tematem i zadbać o swoje płuca.
    Jeżdżę na co dzień na rowerze i do tego celu kupiłam sportową maskę Dragon. Kiedy słupki w aplikacji zmieniają kolor z zielonego na jakikolwiek inny, nie rozstaję się z nią. Do tej pory na ulicach Warszawy tylko jeden jedyny raz widziałam kogoś w masce… poza sobą oczywiście 😉 Że ludzie się gapią, tym się nie przejmuję – i tak się na mnie gapią, bo jeżdżę rowerem poziomym i mam dready 😉
    Pierwsza jazda w masce była dla mnie mocno niekomfortowa, bo trudno się w tym oddycha – cudów nie ma. O ile nosem jeszcze da się wciągnąć powietrze, o tyle wydmuchać już nie – bo to bardziej wysmark niż wydech 😉 Oddycham więc ustami. Po 20 minutach (bo tyle trwa droga do pracy) z ulgą zdjęłam maskę 😉 i przez chwilę czułam ból głowy w okolicach lewej skroni. Ale już kolejnego dnia lepiej zniosłam jazdę w masce, pomału się przyzwyczajam. 🙂
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Lubię to

    • Paweł Biernacki pisze:

      Zmień typ oddychania. Wdech powietrza ustami to najgorsze, co można zrobić w zimnym powietrzu, zwłaszcza podczas zimy. Poprawny oddech to a) wdech nosem b)wydech ustami. Poprawisz wydolność i wytrzymałość, a jak poprawnie przeprowadzisz cykl oddechowy to jeszcze popracujesz nad mięśniami brzucha.

      Lubię to

      • Hannibal Lecter na rowerze ;) pisze:

        Tak właśnie staram się robić, jako że wydech nosem jest wręcz niemożliwy 😉 a praca nad mięśniami brzucha też się przyda, bo może nie mam bandziocha, ale ułomkiem zdecydowanie nie jestem ;))) Pozdrawiam!

        Lubię to

    • Type B Negative pisze:

      Dziękuję za bardzo obszerny komentarz! Zawsze mi bardzo miło, gdy widzę, że moje wpisy komuś się przydają 🙂
      Dobrze jest znać opinie na temat różnych masek, nie tylko mojej ❤
      Zachęcam tez do udostępniania posta znajomym! Zdrowe zwyczaje warto propagować!

      Lubię to

      • Hannibal Lecter na rowerze ;) pisze:

        Ja też dziękuję 🙂
        A tymczasem jeden z moich znajomych był uprzejmy nazwać całą tę smogową sprawę „zbiorową histerią”, że nagle zrobiła się moda na maski, bo kijki do nordic walkingu się nie sprzedają… wszyscy się rzucili na zakup masek i ich nabijają kabzę producentom… Nawet argumenty jego koleżanki-krakowianki go nie przekonały!!!
        Pozdrawiam :o)

        Lubię to

  2. zielonoherbaciana pisze:

    „Papierowe maski do 48 godzin”? bogowie, nie! Jeden dzień, 8 godzin, nawet jak się jest zdrowym! A już na pewno nie zostawiałabym jej na twarzy do momentu w którym „zacznie śmierdzieć” xP Zwłaszcza, że w stujenówkach mieli czasem 30-paki, więc come on, maska za kilkanaście groszy – może to nieekologiczne, ale lepiej myśleć o swoim zdrowiu.

    Lubię to

    • Type B Negative pisze:

      Raz się uparłam i nosiłam maskę „do oporu”, to po 48h od pierwszego nałożenia wymiękłam. Ale nie mówię tutaj o ciągłym noszeniu, tego to by chyba nikt nie zniósł. Z drugiej strony wczoraj znajoma stwoerdziła, że może jednorazówkę nosić trzy dni… Jak widać, każdy ma swój własny „limit ble” 😉

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s