Zapiski z Porto (29.01-1.02.2017)

Notatki z podróży zawsze zabierają mi sporo czasu. Głównie dlatego, że ostatnio podróżuję z moim chłopakiem, a to automatycznie przesuwa wiele wydarzeń z naszych wycieczek w strefę prywatną. Z drugiej strony miejsca, które odwiedzamy, inspirują do przemyśleń i zdjęć, którymi potem chciałabym się podzielić ze światem… Brr! I tak się właśnie rodzi konflikt interesów, którego skutkiem jest blokada twórcza. Mimo wszystko jednak spróbuję ją przełamać 🙂 Wycieczka do Porto miała być naszą odskocznią od zimowej Warszawy i szczerze mówiąc to był znakomity pomysł, biorąc pod uwagę tegoroczną inwazję smogu. Na Okęciu można się było udusić od oparów benzyny lotniczej, w Portugalii tymczasem – rześko i całkiem ciepło.

Nie byłam pewna, czego mam się po tym mieście spodziewać. Przewodniki internetowe obiecywały piękne kamienice, znakomite jedzenie, no i oczywiście rzeki dobrych win. Nie mogę powiedzieć, by te obietnice były przekłamane, a jednak nie nazwałabym Porto miejscem pocztówkowym – i to nie tylko z powodu zimowej pogody (co w Portugalii oznacza dużo chmur i przelotne opady deszczu).

Porto niewątpliwie odznacza się niesamowitą architekturą. Kamienice z różnych epok, budynki pokryte ozdobnymi kafelkami azulejos (mini-galeria powyżej), wąskie uliczki w najstarszej dzielnicy Ribeira, szerokie place w okolicach Uniwersytetu Porto i Torre dos Clerigos… Zdecydowanie jest na co patrzeć i czemu robić zdjęcia. To, że zaułki nie sprzyjają kadrowaniu, to już inny problem. Osobiście najbardziej podobał mi się dwukondygnacyjny Ponte Dom Luís I (po naszemu most Ludwika Pierwszego), po którego dolnej kondygnacji jeżdżą samochody, po górnej zaś – metro. Górą mogą tez przechodzić piesi, co pozwala im na podziwianie obu brzegów rzeki Douro: brzegu „północnego”, gdzie znajduje się większość zabytków oraz „południowego”, zdominowanego przez winiarnie.

W trakcie zwiedzania centrum miasta najbardziej mój wzrok przyciągały stare sklepy, takie jak założone w 1910 roku delikatesy Casa Oriental, kawiarnie (Cafe Majestic z 1921  roku) i księgarnie. Z tych ostatnich najbardziej znana jest z pewnością XIX-wieczna Livraria Lello – jedna z inspiracji J.K. Rowling przy tworzeniu serii Harry Potter. Sądząc po ilości turystów jest to najbardziej znany zabytek w Porto, mimo że sam wstęp kosztuje tam aż 4 euro. Ceny książek w euro zdecydowanie przekraczały nasz skromny budżet, ale godzina spędzona na podziwianiu ksiąg w różnych językach (np. hiszpańskich wydań Alicji w Krainie Czarów) i tłumaczeniu, dlaczego wszyscy powinni znać Beatrix Potter, zdecydowanie była warta tych pieniędzy.

Jednym z obowiązkowych elementów wizyty w Porto jest odwiedzenie przynajmniej jednej z tamtejszych winiarni i spróbowanie porto – najsłynniejszego alkoholu w regionie. Producentów porto w Porto (argh, przeklinam to powtarzanie słów! brzmi jak kiepski żart) jest sporo – wystarczy udać się na „południowy” brzeg rzeki i odwodzić składy nad jej brzegiem. Nam jednak polecono udać się do Real Companhia Velha, która znajduje się wprawdzie nieco dalej od turystycznego centrum miasta (trzeba przedostać się przez most Ludwika i podjechać kilka stacji metrem), ale za to jest najstarszym producentem wina w okolicy. Założona w 1756 roku firma zdecydowanie ma się czym chwalić. Oprowadzanie po winiarni obejmuje skład win, pełen wielkich beczek z francuskiego dębu na porto, gdzie króluje olbrzymi japoński kontener na wino o wysokości dwóch pięter; piwniczkę ze starymi rocznikami porto (naprawdę starymi.. niektóre pochodzą aż z  XVIII wieku) i spróbowanie czterech rożnych rodzajów porto. Zdecydowanie polecam, chociażby dla samej degustacji. 🙂

Miło wspominam też naszą podróż nad morze. Była ona niejako wymuszona moją dietą bezglutenową – przy stacji metra Matosinhos Sul (pół godziny od centralnej stacji Trindade, w pobliżu której był nasz hostel) znajduje się włoska restauracja bezglutenowa Pasta Fresca e Pizza, nagradzana w wielu konkursach. Gdy jednak przyjechaliśmy tam o 16, okazało się… ze do 19 jest zamknięta z powodu siesty*. Na szczęście nie byliśmy bardzo głodni, postanowiliśmy zatem udać się na pobliską plażę. W założeniu to miał być krótki rekonesans, a skończył się na trzygodzinnym spacerze do ujścia rzeki Douro i z powrotem. Ach, poczuć zapach oceanu w styczniu… piękna rzecz. A po powrocie spędziliśmy w tej restauracji jeden z bardziej romantycznych wieczorów w naszej „związkowej historii”.

*Tak więc pamiętajcie – w Portugalii siesta w restauracjach obowiązuje od 15 do 19, niezależnie od pory roku. Nie dotycz kawiarni i McDonald’s. To ważna informacja, następnego dnia bowiem szukaliśmy restauracji bezglutenowych w centrum i w sumie nie jesteśmy pewni, czy były one zamknięte z powodu siesty, czy po prosu zamknięte… Ale uratował nas McDonald’s z BEZGLUTENOWYMI HAMBURGERAMI. Może to nieco dziwny entuzjazm, ale byłam już bardzo głodna, gdy dokonaliśmy tego odkrycia…

Wszystko zatem wydaje się być idealne, a mimo to nie mogę powiedzieć, żeby Porto mnie oczarowało, tak jak Kioto czy Budapeszt. Miasto, choć piękne, w wielu miejscach jest straszliwie zaniedbane. Szczególnie widać to w najstarszej dzielnicy Ribeira, gdy spojrzy się na nią z mostu – widać wtedy zrujnowane budynki, z których ostały się tylko ściany zewnętrzne. Wiele kamienic w tym momencie jest remontowanych i przerabianych, tak jakby inwestorzy za wszelką cenę chcieli zdążyć na początek sezonu turystycznego. Zaniedbane fragmenty miasta są pożywką dla artystów i zwykłych graficiarzy – dawno nie widziałam takiego stężenia malunków w mieście, zarówno legalnych jak i wyraźnie nielegalnych. Z pewnością ubarwiają one bardzo miasto, ale… Wśród graffiti często przewijał się napis „make Porto podre again”. To hasło wzbudzało u mnie lekkie dreszcze paranoi – jak się potem okazało, chyba słusznie. Po portugalsku bowiem podre oznacza… zły, zgniły, brudny, biedny. Jeszcze parę lat temu centrum Porto uchodziło za dość niebezpieczne miejsce, czego ślady widać do dzisiaj (barwne squaty, bezdomni chodzący za turystami). Teraz jednak staje się miejscem coraz bardziej turystycznym, co chyba nie wszystkim mieszkańcom się podoba… Nazwijcie mnie panikarą, ale ciężko mi się zakochać w mieście, w którym podskórnie wyczuwam silne, nie zawsze przyjazne nastroje. Trzeba jednak przyznać, że niezbyt zachęcające napisy często sąsiadowały z plakatami i naklejkami marszu feministycznego, które odbieram bardzo pozytywnie. ❤

Mimo wrodzonego panikarstwa wyprawę do Porto uważam za udaną, choć nieco za krótką. Jeśli kiedyś będzie nam dane wrócić, chętnie skorzystam. Chętnie odwiedzę ponownie Pasta Fresca, pozbieram więcej muszli na plaży, wybiorę się do Muzeum Romantycznego i Palacio Cristal. Pójdziemy z chłopakiem na koncert fado w Casa da Guitarra, w którym dowiedziałam się, czym różni się cavaquinho od ukulele  i napijemy się więcej porto. I może tym razem Porto przywita nas przyjaźniej. 🙂

Uwagi techniczne:

  • Koszt przelotu dla dwóch osób w dwie strony – 440 złotych.
  • Koszt noclegu dla dwóch osób (trzy noce) – 400 złotych. Plus: własna łazienka. Minus: brak wspólnej kuchni i gotowanie parówek w czajniku. Właścicielka uparła się, żeby mówić do nas po francusku.
  • Koszta przejazdów: ok. 15 euro. Bilety w Porto ładuje się na karcie Andante, ich koszt zależy od ilości stref, przez które się przedostajemy. Na przykład podróż z lotniska do centrum, to cztery strefy, a podróż z centrum do Matosinhos Sul – trzy.
  • Jedzenie – nie wydaje się super drogie, ale ze względu na specyficzna dietę nie mogę się wypowiadać na pewno.
  • Uwagi: miasto jest położone na wzgórzach. Przy dłuższym chodzeniu boli.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s