Polski tytuł Anne with an „E”, czyli dlaczego ciężko jest być tłumaczem

Powracam po długim okresie nieobecności na własnym blogu… Co prawda regularnie pisuję recenzje dla Nie Tylko Gry, ale jednak dobrze jest wrócić pod swój własny adres. Mój blog to mój dom 🙂

Pomysł na dzisiejszą notkę podsunął mi zwiastun nowej adaptacji Ani z Zielonego Wzgórza. Serial Anne with an „E” ze stajni Netflixa oglądałam na bieżąco, gdy wychodził w Kanadzie i każdy odcinek przezywałam tak mocno, jak pierwszą lekturę książki w wieku pięciu lat. Mam nadzieję, że znajdę parę chwil, by napisać recenzję tej produkcji, tymczasem jednak chciałam się przyjrzeć samej polskiej wersji tytułu.

Bez tytułu

Ania, nie Anna…

…!

I dotarła do mnie smutna rzeczywistość zawodu, który wykonuję. Mam bowiem poczucie, że polski tytuł w tej formie nie spodoba się prawie nikomu. Zresztą zerknięcie w komentarze na Facebooku Netflixa to potwierdza. Wielu widzów się pyta „Jaka Anna? Gdzie jest Andzia z polskiej wersji?”. No i własnie, gdzie jest ta Andzia? Co więcej: czy Andzia w ogóle powinna tam być?

Akurat przypadek Ani i Netflixa, to wyjątkowo skomplikowane połączenie. Ania z Zielonego Wzgórza została w Polsce wydana bardzo wcześnie – zaledwie trzy lata po publikacji w Kanadzie. Był to rok 1911, kiedy tłumaczom przysługiwała dużo większa dowolność w przekładach*. Powszechne było na przykład spolszczanie imion. Efekty tego widzimy między innymi w pierwszym przekładzie Ani autorstwa Rozalii Bernsteinowej:

  • Anne -> Ania
  • Marilla -> Maryla
  • Matthew -> Mateusz
  • Green Gables (dosł. „zielone szczyty dachów”) -> Zielone Wzgórze
  • Rachel Lynde -> Małgorzata Linde
  • Jane Andrews -> Janka Andrews
  • Josie Pye -> Józia Pye
  • i tak dalej i tak dalej

*Warto też pamiętać, że znajomość języków obcych była czymś znacznie mniej powszechnym niż obecnie, tak więc tłumacze mogli sobie na to pozwolić, no bo kto to sprawdzi?

Szczególnie ciekawym przypadkiem jest zamiana imienia Rachel na Małgorzatę, mimo że w języku polskim imię Rachela jest jak najbardziej akceptowalne. Natknęłam się na wyjaśnienie, że przyczyną tej zmiany były panujące wówczas w Polsce nastroje antysemickie. Imię Rachela mogłoby wywołać w czytelniku złe skojarzenia.

Tłumaczenie Bernsteinowej jest chyba do dziś najpopularniejszym tłumaczeniem Ani z Zielonego Wzgórza w Polsce. Inni tłumacze i tłumaczki często też trzymają się przyjętej przez niej konwencji nazywania postaci, choć nie zawsze zachowywali w tym pełną konsekwencję… Pięcioletnia Asia musiała długo myśleć, zanim pojęła, dlaczego dana postać w jednej części cyklu nazywa się Leslie Ford, a w drugiej była już Ewą. Gdyby dzisiaj ktoś chciał w ten sposób przetłumaczyć jakąkolwiek książkę, raczej by to nie przeszło (wyjątkiem jest literatura dziecięca, a i tutaj sytuacja ulega powoli zmianie). Ale mamy takie tłumaczenie w polskiej kulturze od 1911 roku i już za późno na jakiekolwiek zmiany. Ania z Zielonego Wzgórza pozostanie Anią z Zielonego Wzgórza, nawet jeśli w tytule żadnego wzgórza nie ma.

A teraz przyjrzyjmy się już serialowi i samemu procesowi tłumaczenia. Sama wprawdzie nie pracowałam akurat nad tym serialem, ale znam protokoły Netflixa, zgodnie z którymi imiona powinny zostać niezmienione. Widocznie jednak w ty wypadku wygrał zapis „jeśli w danym języku jest silnie zakorzeniona wersja polska, stosujemy wersję polską” (przykład: Santa Claus ma być Świętym Mikołajem i basta). Co prawda bardzo ciekawa jestem, czy w polskiej wersji serialu faktycznie to zastosowano… Napiszcie mi w komentarzach! Ale na pewno wyjaśnia to spolszczenie imienia w tytule.

Teraz przechodzimy do kwestii Ani i Anny. Serial wyświetlany był w kanadyjskiej CBC jako po prostu Anne, czyli Ania. Wywoływało to jednak pewne zamieszanie, imię to bowiem występuje w wielu tytułach i na rzecz promocji trzeba było na przykład dopisać do wyszukiwania „The Series” (czyli „serial”). Najwyraźniej w dziale promocji Netflixa uznano to za zbyt wielkie wyzwanie i postanowiono stworzyć bardziej wyróżniający się tytuł.

I tak oto dostaliśmy Anne with an „E”.

Sam tytuł jest bardzo zgrabny, nawiązuje bowiem do wielokrotnie powtarzanej przez Anię prośby, by pisać jej imię „Anne” not „Ann”. Po angielsku mamy więc „Anne z e na końcu”, w wersji polskiej zaś fraza ta jest znana jako „Ania, nie Andzia”.

Tylko że Netflix wymaga tłumaczeń jak najwierniejszych oryginałowi. A „Andzia” zdecydowanie nie jest wiernym odpowiednikiem „Ann”. Ann to forma oficjalna, Andzia jest zdrobnieniem, zapewne wybranym przez panią Rozalię ze względu na jego spektakularną brzydotę. Co więcej, różnica w angielskiej wymowie „Anne” i „Ann” jest niezauważalna, a polską „Anię” od „Andzi” oddziela wyraźnie wybijająca się głoska „dz”. No i jest jeszcze ten problem, że obecnie Andzia zupełnie wypadła z użycia, chyba że śpiewamy piosenkę o marihuanie.

Podsumowując, Ania, nie Anna wydaje się logicznym kompromisem między tłumaczeniowymi standardami Netflixa a polską tradycja tłumaczeniową. Co wcale nie znaczy, że mi się podoba…

Ale pierwszą reakcją widzów raczej nie będzie zaduma nad losem tłumacza tylko zdziwienie albo wręcz święte oburzenie. A to dopiero początek góry lodowej: jak zostało przetłumaczone Zielone Wzgórze? Czy Rachel Lynde znów jest Małgorzatą? Trochę boję się to sama sprawdzać, zwłaszcza, że zwiastun sugeruje dubbing… Nie jestem pewna,czy bym to przeżyła*.

*Polecam oglądanie z napisami, o ile jest taka możliwość: Ania używa tak wspaniale wyszukanego słownictwa, że aż uszy puchną. Dopiero dzięki temu serialowi zrozumiałam, czemu uważano ją za dziwaczkę… Ale i tak jest cudowna i kochana ❤

Re-visit the world of Anne of Green Gables. „It has always seemed to me, ever since early childhood, amid all the commonplaces of life, I was very near to a kingdom of ideal beauty. Between it and me hung only a thin veil. I could never draw it quite aside, but sometimes a wind fluttered it and I caught a glimpse of the enchanting realms beyond-only a glimpse-but those glimpses have always made life worthwhile.”

-Anne Shirley

Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że w mojej pracy nie trafi mi się drugi sezon Ani. Ani żaden kolejny. Już nieraz tłumaczyłam rzeczy z częściowo narzuconym glosariuszem i za każdym razem, gdy musiałam powściągać swoją kreatywność i używać wersji wymyślonej przez kogoś innego, było mi bardzo smutno. Zwłaszcza, jeśli ta wersja nie była najtrafniejszą z możliwych… Tłumaczenia audiowizualne to taka dziwna dziedzina, gdzie tłumacza ogranicza wszystko: ilość znaków, polityka zleceniodawcy, glosariusze, a i tak próbujemy się wykazywać kreatywnością. Czasem jest to wręcz niezbędne. Przypomina to trochę stąpanie po linie nad przepaścią, a spadnięcie z liny oznacza niezadowolenie widzów i potencjalne wyśmianie w Internecie. Nie wyśmiewajcie proszę tłumaczy w Internecie, bo potem aż strach pracować w ukochanym zawodzie* 🙂

*Powiedziałam to ja, która całą niedzielę popłakuje nad zauważonym w drogerii „olejkiem lemongrasowym”. Ale nie jestem pewna, czy akurat tę nazwę stworzył jakikolwiek tłumacz, zwłaszcza że ten przymiotnik można znaleźć w słownikach PWN. Cóż. I tak mi się nie podoba. Paskudna kalka.

A co do Anne z „e” na końcu… niedługo napiszę coś więcej o samym serialu. Bardzo jestem też ciekawa waszych opinii 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s